Nie zwlekając zatem, przystępuję do opisu pierwszej warki.
Było trochę nerwów, ale więcej jednak radości z tego, że w końcu mogę się zabrać za coś, na co od dłuższego czasu czekałem. Kilka rzeczy oczywiście spaprałem, ale ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolony. Mam nadzieję, że piwo podzieli moją opinię i raczy nie wyjść kwaśne.
Na pierwszy ogień poszedł dry stout. Słusznie czy nie, postanowiłem nie bawić się w brewkity czy ekstrakty, ale od początku warzyć razem z procesem zacierania. Surowce kupiłem w zestawie, który wyglądał następująco:
- 3 kg słodu pale ale
- 1 kg słodu monachijskiego
- 0,3 kg słodu czekoladowego
- 0,3 kg jęczmienia palonego
- 30 g chmielu goryczkowego – marynki – wrzucanego w pierwszej minucie gotowania brzeczki
- drożdże Pure Ale Yeast od Gozdawy
Czwartkowy poranek w mojej kuchni wyglądał całkiem nieźle.
Podgrzanie wody, wsypanie słodu w 55 stopniach, podgrzanie do 67 stopni, półtorej godziny zacierania... wszystko przebiegało bez problemów – zacieranie, którego obawiałem się najbardziej, okazało się najmniej kłopotliwą częścią warzenia.
 |
| Próba jodowa – negatywna! Można grzać dalej. |
W 72 stopniach do gara poleciały słód czekoladowy i jęczmień, które zabarwiły zacier na bardzo ciemny, wpadający w czerń brąz. Zaczęło to powoli przypominać stout. :)
Później jeszcze wygrzew w 76 stopniach i przyszedł czas na filtrację! Tu pojawiły się pierwsze schody i pierwsze błędy.
Przy przelewaniu zacieru z gara do fermentora zapomniałem z początku, że trzeba unikać napowietrzania. Na szczęście po dwóch transportach (przelewałem rondlem) sobie o tym przypomniałem, więc nie było dużego problemu (choć możliwe, że trochę sobie utrudniłem tym filtrację, o czym niżej). Drugim, kompletnie idiotycznym błędem było pozostawienie kranu w fermentorze w pozycji ON, przez co brzeczka zaczęła od razu przelewać się do dolnego fermentora. :) To też szybko naprawiłem, szczęśliwie nie jest to błąd o dużych konsekwencjach.
Zostawiłem zacier na kilkanaście minut w spokoju, żeby młóto się ułożyło, i przystąpiłem do filtracji. I wtedy nadszedł czas na te wspomniane już wcześniej schody – gdy w dolnym fermentorze było jakieś 10 litrów brzeczki, filtracja zatrzymała się. Dolałem do zacieru wody przeznaczonej na wysładzanie, ale nic to nie dało – musiałem wymieszać młóto, ponownie dać mu się ułożyć i wznowić filtrację. Sytuacja powtórzyła się jeszcze 2 czy 3 razy. Nie wiem do końca, czym było to spowodowane, ale mam pewne hipotezy:
- Fakt, że na początku nalewałem zacier z nieco zbyt dużej wysokości, spowodował, że drobinki młóta wbiły się w przewód filtracyjny.
- Jakaś nieszczelność przy kraniku powodowała, że do środka dostawało się powietrze.
- Młóto ubiło się na tyle mocno, że nie przepuszczało brzeczki.
Przy następnej warce będę miał okazję spróbować je zweryfikować.
Po filtrowaniu i wysładzaniu (ekstrakt miał około 11 blg, czyli mniej więcej tyle, ile trzeba – brzeczki było 21 litrów, po odparowaniu areometr wskazał pożądaną gęstość ~12 blg) brzeczka wróciła do garnka. Gotowanie i chmielenie przebiegło bez problemów (choć mam wrażenie, że 30 gramów chmielu na 20 litrów brzeczki to nie za dużo – okaże się, gdy piwo będzie gotowe).
 |
| 30 gramów marynki. Chyba trochę mało... |
W międzyczasie przygotowałem drożdże i muszę przyznać, że miałem co do nich sporo obaw. Wsypałem je do zagotowanej i ostudzonej do 30 stopni wody, zamieszałem i przykryłem folią aluminiową, lecz nie spęczniały, a zaczęły opadać na dno.
Po 30 minutach gotowania brzeczki zdezynfekowałem umyty uprzednio fermentor bez kranika, rurkę igielitową, termometr, pokrywę i rurkę fermentacyjną, a po 60 minutach wyłączyłem palniki i przeniosłem gar do wanny pełnej zimnej wody. Wiem już na pewno, że muszę kupić sobie chłodnicę zanurzeniową – noszenie ważącego ponad 5 kilogramów garnka wypełnionego do połowy gorącą brzeczką nie jest co prawda jakieś wybitnie trudne, ale na pewno też nie jest bezpieczne. :) Nie wspominając już o tym, że brzeczka w wannie stygnie powoli. Zbyt powoli...
Po wystudzeniu brzeczki do 20 stopni czas na przelewanie do fermentora, najtrudniejszy, jak się okazało, element warzenia. Samo przelanie nie było co prawda strasznie trudne, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zainfekowałem w jego trakcie brzeczkę, o co przecież nietrudno. Co prawda dbałem o czystość i zdezynfekowanie fermentora i rurki niemal paranoicznie, ale obawa pozostaje, zwłaszcza że zasysałem brzeczkę z garnka ustami (niby robi tak wielu piwowarów, ale...). Okaże się pewnie przy przelewaniu na cichą, gdy będę miał po zmierzeniu gęstości okazję spróbować młodego piwa. Niestety, do fermentora trafiły również chmieliny, które mimo zakręcenia garnkiem nie zebrały się na środku dna. Będę musiał odfiltrować je przy kolejnym przelewaniu.
Brzeczka przelana i napowietrzona. Czas zadać drożdże, zamknąć fermentor, przenieść do pomieszczenia o temperaturze 16-18 stopni i trzymać kciuki. Przyznam, że zmartwiony zachowaniem drożdży przy rehydratyzacji byłem prawie przekonany, że nie wystartują. Szczęśliwie w jakieś 8 godzin później, gdy kładłem się spać, towarzyszyło mi rzadkie jeszcze bulgotanie wody w rurce fermentacyjnej... :)
Dziś, w dwa dni później, fermentacja burzliwa jest już w fazie opadających krążków. Wczoraj rurka hałasowała regularnie co kilka-kilkanaście sekund, dziś już tylko co kilka minut, opada też piana, której 2-3 centymetry pokrywały wczoraj brzeczkę. W czwartek, za 5 dni, przelewam na cichą fermentację. Wtedy też zaktualizuję ten wpis. Oby tylko nie było kwacha... :)
 |
| Drożdże pracują pełną parą. |