środa, 20 lipca 2016

Warka 4 - American India Pale Ale

Pierwsza warka 10 litrów, więc można powiedzieć, że edycja limitowana. ;) Przy okazji uznałem, że muszę kupić mniejszy garnek i tego dużego używać tylko przy warkach 25+. W innym wypadku nie dość, że mnóstwo energii idzie w nagrzanie gara (co daje się we znaki zwłaszcza przy doprowadzaniu brzeczki do wrzenia – odparowuje wówczas sporo płynu), to spada też wydajność chłodnicy, która jest zanurzona w piwie do połowy albo i mniej. A więc kolejna rzecz na liście zakupów.
Do rzeczy zatem. Lista składników:

Słód Weyermann Pale Ale - 2,6 kg,
słód Carapils - 0,2 kg,
słód Carared - 0,2 kg
chmiele Chinook (goryczka), Cascade (aromat), Citra (Aromat) - każdego po 30 g,
drożdże Safale US-05

Zacieranie jednotemperaturowe, 75 minut gotowania... Ogólnie rzecz biorąc, prosto i na temat.


Ciężko mi się jakoś rozpisywać na temat warzenia, bo nie różniło się właściwie od wcześniejszych... Udało mi się nie zrobić nic wybitnie głupiego (albo nie zdałem sobie jeszcze sprawy, że zrobiłem :D), więc, ogólnie rzecz biorąc, nuda. ;)

12 litrów brzeczki przedniej. Tyle roboty, tak mało piwa... ;)

Wysładzałem dość krótko i trochę tego żałuję, bo areometr wskazał mi na sam koniec 5 blg. Mogłem jeszcze spokojnie trochę z tego młóta wycisnąć... To trochę też wina tego, że nie byłem pewien, jaką poprawkę liczyć przy wartości pomiaru przy tak wysokiej temperaturze płynu. Cóż, na przyszłość będę wiedział.

Zrobiona z niejasnej przyczyny fotka randomowego pomiaru temperatury :)
Potem pozostało tylko schłodzić brzeczkę...


...przelać ją do fermentora i zadać drożdże. Wyszło 9,5 litra brzeczki nastawnej o gęstości nieco ponad 15 stopni Plato (docelowo było 15,5, więc jest ok). Zapowiada się stosunkowo długa fermentacja, bo 3 tygodnie (1 tydzień burzliwej i 2 cichej), w międzyczasie więc uwarzę pewnie witbiera, na którego składniki czekają już na spożytkowanie.

Ale to inna historia i opowiemy ją innym razem.

Warka 3 – hefeweizen – podsumowanie

Pszenicy pozostały 2 zarezerwowane butelki, więc trzeba co nieco podsumować. :)
Wyszło zacnie, naprawdę zacnie. Pod względem zgodności ze sztuką to jak dotąd najlepsze moje piwo (nie żeby przy 3 warce było to jakieś wielkie osiągnięcie ;)).
Piana całkiem duża i trwała, choć pęcherzyki szybko łączyły się w duże bańki. :( Miałem za to nawet niewielki lacing, więc idzie ku dobremu.
Tak prezentowało się w szklance pierwsze, które otworzyłem:






A więc w sam raz - lekko mętne, ale też nie kompletna zupa, ładna czapa piany. W aromacie głównie banan, goździkowych fenoli raczej mało, ale też i temperatura fermentacji była dość wysoka - okolice 23 stopni. Nawiasem mówiąc, fermentowało tak leniwie, że przez długi czas nie byłem pewien, czy drożdże w ogóle wystartowały. Na szczęście obawy okazały się nieuzasadnione. :) Smak lekko kwaskowaty, lekki, bez nieprzyjemnych posmaków.
Recenzje od znajomych też entuzjastyczne, więc jestem zadowolony. Mam nadzieję, że przede mną więcej tak dobrych warek. A właściwie jeszcze lepszych, bo przecież to nadal nie ideał. ;)

czwartek, 9 czerwca 2016

Warka 3 - hefeweizen

Jako trzecie piwo chciałem robić AIPA, ale popyt na hefeweizena był na tyle duży, że uwarzyłem  pszenicę. Oto skład kupionego przeze mnie gotowego zestawu:

Słód pszeniczny: 1,9 kg
Słód pilzneński: 1,6 kg
Słód zakwaszający: 50 g
Słód melanoidynowy: 200 g
Chmiel lubelski: 30 g
Drożdże BrewGo Wheat (do których jestem nastawiony sceptycznie, bo śmierdzi mi to firmą „krzak”, no ale zobaczymy, jak będzie)

Tym razem zacieranie i filtracja poszły elegancko, więc tutaj nie powinno być żadnych problemów. :) Po raz pierwszy też pojawił mi się w piwie potężny przełom, białko wytrąciło się w ilościach naprawdę znacznych.
Przerwy w zacieraniu były trzy: ferulikowa w temperaturze ~45 stopni (15 minut), maltozowa przy około 63 stopniach (pół godziny) i dekstrynująca ~72 stopnie (kolejne pół godziny). Mash-out w 76 stopniach.
Pro forma wrzucam kilka zdjęć, ale chyba nie ma na nich nic ciekawego.
Filtracja

Cóż to może być...?

Brzeczka po wysładzaniu
Nowością w tej warce było użycie chłodnicy zanurzeniowej. Nie wiem, czy to ja robię coś źle, czy chłodnica po prostu jest za mała, ale chłodzenie tych ~15 litrów brzeczki, jaka mi wyszła po gotowaniu (swoją drogą TRAGICZNIE niska wydajność, muszę nad tym popracować), trwało ze 40 minut. To oczywiście szybciej niż w przypadku chłodzenia w wannie (nie wspominając o wygodzie), ale wody zużywa się sporo więcej, a po osiągnięciu przez brzeczkę temperatury ~24 stopni właściwie przestało schodzić niżej. Podejrzewam, że to kwestia rozmiarów tej chłodnicy – jest raczej niewielka. Niemniej będę kombinował, w najgorszym razie zorganizuję sobie większą. Za to whirlpool pozwalający oddzielić chmiel wychodzi elegancko, samo to jest powodem do zadowolenia. :)
Brzeczki, jak wspomniałem, wyszło około 15 litrów, ale miała dużą gęstość, rozcieńczyłem ją więc wodą mineralną.
Kolejna nowość w moim piwowarskim arsenale to torba do fermentacji Cool Brew, która latem doskonale spełnia swoje zadanie, a przy tym nie zawala miejsca jak pudła styropianowe czy lodówki – nieużywaną mogę zwinąć i schować do szafy. 3 zamrożone butelki 1,5 litra wymieniane rano i wieczorem pozwalają utrzymać w środku temperaturę 18-20 stopni, a w torbie jest miejsce na wiele więcej, więc nawet lager może spokojnie w niej fermentować, jeśli doda się ich odpowiednio dużo.

Drożdże wystartowały dość późno, bo prawie 48h po zadaniu, ale pracują powoli, a systematycznie (dziś mija 7 dzień od zadania, a brzeczka nadal jest pokryta pianą). Za tydzień zacznę mierzyć gęstość, a jeśli do przyszłej soboty nie będzie ulegać zmianie, piwo pójdzie w butelki.

Podsumowanie warki 2 - pale ale

Krótki wpis podsumowujący.
Pale Ale, niestety, nie wyszło najlepiej – podejrzewam, że za sprawą wspomnianej w poprzednim wpisie zbyt szybkiej filtracji. Zabutelkowałem je z 90 gramami sacharozy. Próba po tygodniu refermentacji wypadła nawet nieźle. Choć wygląd piwa pozostawiał nieco do życzenia...

Piwo zaraz po refermentacji. Przykra mętność i specyficzna barwa...
...to pod względem aromatu i smaku było ok. W aromacie lekko owocowe i kwiatowe, więc pojawiło się nieco estrów, ale nie przeszkadzały mi ani trochę. W smaku bardzo delikatne i lekko chmielowe. Byłem bardzo zbudowany...

...ale niestety, dziś piwo nie broni się tak dobrze jak półtora tygodnia temu. Wygląd pozostał mniej więcej ten sam:






Profil smakowy i zapachowy zmienił się za to na niekorzyść. Piwo zrobiło się puste (przy tak szybkiej filtracji większość cukrów pozostała, jak podejrzewam, w młócie), a goryczka nieprzyjemnie ściągająca. W dodatku wygląda na to, że wytworzyło się w nim sporo fuzli, bo porządnie wali w dekiel. Oczywiście pamiętam, że to nadal bardzo młode piwo, i zamierzam dać mu jeszcze szansę, ale ogólnie rzecz biorąc, nie spodziewam się raczej cudów. Błędy przy warzeniu swoje robią. :) Cóż, przy drugiej warce może się to jeszcze zdarzyć. Wrócę do tego piwa za miesiąc i zobaczymy, czy coś z tego będzie.

środa, 20 kwietnia 2016

Warka 2 – pale ale

Pierwsze ciemne piwo prawie gotowe, udało się nie doprowadzić do katastrofy, w związku z czym do fermentora trafiło przedwczoraj kolejne piwo – tym razem pale ale. Robione z gotowego zestawu surowców – planuję z nich korzystać, póki nie opanuję całej procedury warzenia na tyle, by nie popełniać szkolnych błędów. Zresztą w większości przypadków są one bardzo dobrze dobrane, więc myślę, nie ma sensu kombinować, jeśli chce się mieć po prostu piwo w danym stylu. Na eksperymenty przyjdzie jeszcze czas.

Oto surowce użyte podczas warki:

– słód pale ale Weyermann 3,8 kg,
– słód Carahell 0,2 kg,
– chmiel angielski East Kent Goldings 30 g (granulat) – użyty na goryczkę,
– chmiel angielski Fuggles 30 g (granulat) – użyty na smak i aromat,
– drożdże Safale S-04

Dzięki doświadczeniom zebranym podczas pierwszej warki udało mi się uniknąć niektórych błędów, ale za to popełniłem szereg innych. :) Podejrzewam, że jeszcze parę razy będzie to tak wyglądać, ale mam nadzieję z warki na warkę robić ich coraz mniej.
Pierwszy błąd – zacierałem w nieco zbyt wysokiej temperaturze. Co prawda nic strasznego się raczej nie stanie, piwo będzie po prostu nieco gęstsze, ale wymykanie się temperatury spod kontroli to dość poważny błąd. Kilka stopni za wysoko i nieplanowany mash out gotowy. Szczęśliwie próba jodowa wyszła negatywnie, więc mimo błędu zacieranie przebiegło pomyślnie. Zresztą bez przesady, AŻ TAK go nie przegrzałem. ;)
Drugi błąd – za słabo zaciśnięty wężyk przy filtracji, przez co przebiegła ona bardzo szybko. Sporo dobrego zostało w młócie, zobaczymy, jak wpłynie to na smak piwa, ale nie ma wątpliwości, że nie będzie to wpływ pozytywny. Filtrowałem też nieco zbyt chłodną wodą, ale to jest, o ile wiem, mniejszy błąd w sztuce.
Trzeci błąd – zbyt powolne doprowadzenie brzeczki do wrzenia, przez co sporo jej odparowało jeszcze przed faktycznym gotowaniem. Z 22 litrów filtratu powstało ostatecznie 18,5 litra brzeczki nastawnej.

No gotujże się...!

Szczęśliwie poza tym obyło się bez jakichś ogromnych wpadek. Zacieranie, filtracja, chmielenie... Tym razem chmielu więcej niż w przypadku dry stoutu i to aż dwukrotnie, więc liczę na wyczuwalny aromat chmielowy w produkcie końcowym. Wg obliczeń piwo powinno mieć około 30 IBU, choć to, oczywiście, wartość orientacyjna.

Jedna z trzech porcji chmielu, tym razem będzie go, mam nadzieję, czuć.
Bardzo ucieszyła mnie też żywotność drożdży. Podczas gdy użyte do poprzedniego piwa Gozdawa Pure Ale Yeast sprawiały wrażenie raczej zmęczonych i właściwie nie zareagowały na rehydratyzację, S-04 od razu dały mi do zrozumienia, że czekają na coś do roboty:

Rehydratyzacja udana – wody jest mniej więcej pół szklanki.
Pozostało mi więc tylko wystudzić szybko brzeczkę (no, na tyle szybko, na ile pozwala nieszczególnie skuteczna metoda chłodzenia w wannie) do temperatury 20 stopni i zadać drożdże. Mam już nawet chłodnicę zanurzeniową, ale brakuje mi wężyków, żeby podpiąć ją do źródła wody. Brzeczkę na następne piwo mam nadzieję studzić już 20 minut, a nie godzinę czy półtorej.

Najbardziej chyba nużąca część warki.
Odzyskałem ponadto dobry litr, albo nawet więcej, z chmielin, zlewając mieszaninę do naczyń i czekając, aż chmiel opadnie. Przelałem to przez materiał z rajstop do małego garnka, zagotowałem, wystudziłem i dodałem do reszty brzeczki.

To mniej więcej 1/3 chmielin, z których odzyskałem brzeczkę. „Uratowało się” naprawdę sporo piwa.
Piwo od przedwczoraj w fermentorze, jest już w fazie opadających krążków. I chyba trudno się dziwić, 18 litrów brzeczki mającej 11 stopni Plato tak żywotne drożdże przerobią w mgnieniu oka. Za jakieś 3 tygodnie przyjdzie czas na zajęcie się rozlewem, w międzyczasie zaś zapewne ponownie zdegustuję leżakującego jeszcze stouta. :)

Warka 1 – dry stout – po zabutelkowaniu i próbie młodego piwa

Minął miesiąc, warka już stoi w butelkach. Pierwsza fermentacja, jak można było się spodziewać, przebiegła w sporej niepewności, ale wygląda na to, że udało się – jak na pierwsze piwo – całkiem nieźle.
Faza wysokich krążków trwała około 3 dni, później wszystko przebiegało już we względnym spokoju. Po tygodniu chciałem przelać piwo na cichą fermentację, ale zmierzyłem gęstość i okazało się, że z początkowych 12,5 stopni Plato gęstość spadła zaledwie do 5, postanowiłem więc przetrzymać brzeczkę na burzliwej jeszcze przez święta. Po Wielkanocy nadal miała ona 5 stopni, co mnie nieco zmartwiło, bałem się bowiem, że mam do czynienia z zatrzymaną fermentacją. Zamieszałem fermentorem, podniosłem temperaturę z 18 do 20 stopni i drożdże troszkę się obudziły. Podbudowany tym faktem po trzech dniach zmierzyłem gęstość i okazało się, że drożdże odfermentowały do... 5 stopni Plato. Co się okazało? Końcówka areometru utykała w gęstwie, która zebrała się na dnie fermentora (pomiaru dokonywałem bowiem bezpośrednio, nie odbierając próbki), przez co wynik był zafałszowany. W tej sytuacji postanowiłem, że nie będę kombinował już z przelewaniem na cichą (zwłaszcza że wymagałoby to trzech dekantacji – przelania na cichą do fermentora z kranikiem, a potem przed rozlewem ponowne przelanie do fermentora bez kranika, przygotowanie sprzętu do rozlewu i znowu przelewanie – mnóstwo bezsensownej roboty i duże ryzyko infekcji), a po prostu przetrzymam piwo na burzliwej do końca planowanego czasu fermentacji. Łącznie stało w fermentorze przez 3,5 tygodnia. Nawiasem mówiąc, myślę, że pozostanę już przy metodzie pozostawiania piwa w jednym fermentorze – zalety dekantacji nie są bynajmniej oczywiste, za to każde przelewanie to ryzyko zakażenia piwa. Wyjątki będę robił dla piw chmielonych na zimno i dla drożdży, z których będę chciał zebrać gęstwę.
Ekstrakt końcowy piwa wyniósł ostatecznie 3,5 stopnia.

Rozlew przebiegł raczej bezproblemowo, choć dezynfekcja butelek to dość nużące zajęcie. Rozlewałem do nieużywanych butelek, nie musiałem więc na szczęście bardzo dokładnie ich czyścić. Ponadto mam dzięki temu wszystkie butelki takie same, co stanowi IMO dodatkowy walor estetyczny. W etykiety się na razie nie bawiłem, uznałem, że przyjdzie na to czas, gdy będę nieco lepiej wiedział, co ja tak właściwie robię. ;)

Zdaje się, że trzeba wpisać na listę zakupów suszarkę do butelek... Wystarczy potrącić jedną i wszystko leci.
Surowcem do refermentacji była zwykła sacharoza. Chciałem mieć piwo nagazowane w dolnym zakresie przewidzianym dla stylu dry stout – wynikało to przede wszystkim z obawy, że przesadzę i narobię granatów. Zastanawiałem się jednak, czy nie przegnę też w drugą stronę. Ostatecznie postanowiłem zadać 70 gramów cukru.

Surowiec do refermentacji. Reinheitsgebot to moje piwo nie spełni... ;)
Z cukru i gorącej wody stworzyłem syrop o gęstości identycznej z tą, jaką miała brzeczka nastawna, czyli około 12,5 stopnia Plato, który po ostudzeniu wlałem do fermentora z kranikiem. Następnie dokonałem pomiaru gęstości brzeczki i po raz pierwszy w życiu napiłem się piwa własnej roboty. :)

Wybaczcie kiepską jakość – robione komórką.
Dalej nie uskuteczniałem już chyba nic niezwykłego – przelałem piwo do fermentora z kranikiem (i syropem), wprawiając je przy tym w ruch wirowy, by dobrze wymieszało się z cukrem. Na końcówkę rurki założyłem kawałek rajstop, by odfiltrować ewentualne chmieliny, które mogły pozostawać w piwie, i grudki drożdży. Musiałem też uważać, żeby nie zaciągnąć gęstwy, ale to akurat nieszczególnie trudne zadanie. ;) Po przelaniu wymieszałem jeszcze dla pewności piwo, by było równomiernie dosłodzone, po czym rozpocząłem rozlew i wreszcie kapslowanie – jedno i drugie przebiegło bez zakłóceń. Zdjęć samego procesu brak, bo musiałbym mieć do nich jeszcze co najmniej jedną rękę. :)

Kapslowanie trwa.

Muszę przyznać, że widok kraty zakapslowanych butelek budzi w człowieku poczucie dobrze wykonanej roboty. ;)


Zabutelkowane piwo poszło do refermentacji. Przedwczoraj, z okazji zakończenia drugiej warki (o której w następnym wpisie), otworzyłem z ciekawości jedną z butelek (tak, wiem, sporo za wcześnie, ale chcę mieć porównanie – jakie jest teraz, a jakie będzie po leżakowaniu). Wyglądało całkiem nieźle, choć ta piana na ziemię nie powala:

Wasze zdrowie!
Jak wrażenia? Aromat mocno palony, lekko czekoladowy. W smaku piwo też palone, nieco wręcz za mocno (mam nadzieję, że ułoży się to i złagodnieje nieco podczas leżakowania), nie jest alkoholowe (co przyjąłem z ulgą, bo próbka przy rozlewie miała lekki posmak alkoholu), jest też dość wodniste i bardzo pijalne. Słabo (choć nie ZBYT słabo) wysycone, przez co jest raczej gładkie, ale też nie ma szału z pianą – taka, jak na zdjęciu powyżej, tworzy się po nalaniu piwa w stylu czeskim (tworzy za to nawet niewielki lacing). :) Może kilka dni refermentacji nieco mu pomoże, choć cukru, jak pisałem, dodałem niezbyt dużo. Zobaczymy.
Podsumowując, jak na pierwsze piwo zapowiada się całkiem dobrze! Zresztą co tu kryć – za sukces uważam już fakt, że nie skwaśniało. ;)

sobota, 19 marca 2016

Warka 1 – dry stout

Nie zwlekając zatem, przystępuję do opisu pierwszej warki.
Było trochę nerwów, ale więcej jednak radości z tego, że w końcu mogę się zabrać za coś, na co od dłuższego czasu czekałem. Kilka rzeczy oczywiście spaprałem, ale ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolony. Mam nadzieję, że piwo podzieli moją opinię i raczy nie wyjść kwaśne.

Na pierwszy ogień poszedł dry stout. Słusznie czy nie, postanowiłem nie bawić się w brewkity czy ekstrakty, ale od początku warzyć razem z procesem zacierania. Surowce kupiłem w zestawie, który wyglądał następująco:
- 3 kg słodu pale ale
- 1 kg słodu monachijskiego
- 0,3 kg słodu czekoladowego
- 0,3 kg jęczmienia palonego
- 30 g chmielu goryczkowego – marynki – wrzucanego w pierwszej minucie gotowania brzeczki
- drożdże Pure Ale Yeast od Gozdawy

Czwartkowy poranek w mojej kuchni wyglądał całkiem nieźle.


Podgrzanie wody, wsypanie słodu w 55 stopniach, podgrzanie do 67 stopni, półtorej godziny zacierania... wszystko przebiegało bez problemów – zacieranie, którego obawiałem się najbardziej, okazało się najmniej kłopotliwą częścią warzenia.

Próba jodowa – negatywna! Można grzać dalej.

W 72 stopniach do gara poleciały słód czekoladowy i jęczmień, które zabarwiły zacier na bardzo ciemny, wpadający w czerń brąz. Zaczęło to powoli przypominać stout. :)
Później jeszcze wygrzew w 76 stopniach i przyszedł czas na filtrację! Tu pojawiły się pierwsze schody i pierwsze błędy.
Przy przelewaniu zacieru z gara do fermentora zapomniałem z początku, że trzeba unikać napowietrzania. Na szczęście po dwóch transportach (przelewałem rondlem) sobie o tym przypomniałem, więc nie było dużego problemu (choć możliwe, że trochę sobie utrudniłem tym filtrację, o czym niżej). Drugim, kompletnie idiotycznym błędem było pozostawienie kranu w fermentorze w pozycji ON, przez co brzeczka zaczęła od razu przelewać się do dolnego fermentora. :) To też szybko naprawiłem, szczęśliwie nie jest to błąd o dużych konsekwencjach.
Zostawiłem zacier na kilkanaście minut w spokoju, żeby młóto się ułożyło, i przystąpiłem do filtracji. I wtedy nadszedł czas na te wspomniane już wcześniej schody – gdy w dolnym fermentorze było jakieś 10 litrów brzeczki, filtracja zatrzymała się. Dolałem do zacieru wody przeznaczonej na wysładzanie, ale nic to nie dało – musiałem wymieszać młóto, ponownie dać mu się ułożyć i wznowić filtrację. Sytuacja powtórzyła się jeszcze 2 czy 3 razy. Nie wiem do końca, czym było to spowodowane, ale mam pewne hipotezy:
- Fakt, że na początku nalewałem zacier z nieco zbyt dużej wysokości, spowodował, że drobinki młóta wbiły się w przewód filtracyjny.
- Jakaś nieszczelność przy kraniku powodowała, że do środka dostawało się powietrze.
- Młóto ubiło się na tyle mocno, że nie przepuszczało brzeczki.
Przy następnej warce będę miał okazję spróbować je zweryfikować.


Po filtrowaniu i wysładzaniu (ekstrakt miał około 11 blg, czyli mniej więcej tyle, ile trzeba – brzeczki było 21 litrów, po odparowaniu areometr wskazał pożądaną gęstość ~12 blg) brzeczka wróciła do garnka. Gotowanie i chmielenie przebiegło bez problemów (choć mam wrażenie, że 30 gramów chmielu na 20 litrów brzeczki to nie za dużo – okaże się, gdy piwo będzie gotowe).

30 gramów marynki. Chyba trochę mało...
W międzyczasie przygotowałem drożdże i muszę przyznać, że miałem co do nich sporo obaw. Wsypałem je do zagotowanej i ostudzonej do 30 stopni wody, zamieszałem i przykryłem folią aluminiową, lecz nie spęczniały, a zaczęły opadać na dno.
Po 30 minutach gotowania brzeczki zdezynfekowałem umyty uprzednio fermentor bez kranika, rurkę igielitową, termometr, pokrywę i rurkę fermentacyjną, a po 60 minutach wyłączyłem palniki i przeniosłem gar do wanny pełnej zimnej wody. Wiem już na pewno, że muszę kupić sobie chłodnicę zanurzeniową – noszenie ważącego ponad 5 kilogramów garnka wypełnionego do połowy gorącą brzeczką nie jest co prawda jakieś wybitnie trudne, ale na pewno też nie jest bezpieczne. :) Nie wspominając już o tym, że brzeczka w wannie stygnie powoli. Zbyt powoli...

Po wystudzeniu brzeczki do 20 stopni czas na przelewanie do fermentora, najtrudniejszy, jak się okazało, element warzenia. Samo przelanie nie było co prawda strasznie trudne, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zainfekowałem w jego trakcie brzeczkę, o co przecież nietrudno. Co prawda dbałem o czystość i zdezynfekowanie fermentora i rurki niemal paranoicznie, ale obawa pozostaje, zwłaszcza że zasysałem brzeczkę z garnka ustami (niby robi tak wielu piwowarów, ale...). Okaże się pewnie przy przelewaniu na cichą, gdy będę miał po zmierzeniu gęstości okazję spróbować młodego piwa. Niestety, do fermentora trafiły również chmieliny, które mimo zakręcenia garnkiem nie zebrały się na środku dna. Będę musiał odfiltrować je przy kolejnym przelewaniu.

Brzeczka przelana i napowietrzona. Czas zadać drożdże, zamknąć fermentor, przenieść do pomieszczenia o temperaturze 16-18 stopni i trzymać kciuki. Przyznam, że zmartwiony zachowaniem drożdży przy rehydratyzacji byłem prawie przekonany, że nie wystartują. Szczęśliwie w jakieś 8 godzin później, gdy kładłem się spać, towarzyszyło mi rzadkie jeszcze bulgotanie wody w rurce fermentacyjnej... :)

Dziś, w dwa dni później, fermentacja burzliwa jest już w fazie opadających krążków. Wczoraj rurka hałasowała regularnie co kilka-kilkanaście sekund, dziś już tylko co kilka minut, opada też piana, której 2-3 centymetry pokrywały wczoraj brzeczkę. W czwartek, za 5 dni, przelewam na cichą fermentację. Wtedy też zaktualizuję ten wpis. Oby tylko nie było kwacha... :)

Drożdże pracują pełną parą.

Inauguracja

Zaczynamy zatem. :)
Szacuje się, że w Polsce istnieje obecnie 50 000 browarów domowych. W piątek powstał kolejny – mój – co oznacza, że jest ich już co najmniej 50 001. ;)
Dla domowego piwowara rzeczą niezbędną jest notatnik, w którym zapisuje informacje związane ze swoimi warkami – z początku jest to głównie zapis błędów i ogólne przemyślenia typu „co ja w ogóle robię?”, ale z czasem pojawiają się w nim też receptury, rzeczowe uwagi, może nawet i informacje o wygranych konkursach. I takiej właśnie ewolucji mojego „notatnika” – czyli tego bloga – bym sobie życzył.

Trzymajcie kciuki!