środa, 20 kwietnia 2016

Warka 1 – dry stout – po zabutelkowaniu i próbie młodego piwa

Minął miesiąc, warka już stoi w butelkach. Pierwsza fermentacja, jak można było się spodziewać, przebiegła w sporej niepewności, ale wygląda na to, że udało się – jak na pierwsze piwo – całkiem nieźle.
Faza wysokich krążków trwała około 3 dni, później wszystko przebiegało już we względnym spokoju. Po tygodniu chciałem przelać piwo na cichą fermentację, ale zmierzyłem gęstość i okazało się, że z początkowych 12,5 stopni Plato gęstość spadła zaledwie do 5, postanowiłem więc przetrzymać brzeczkę na burzliwej jeszcze przez święta. Po Wielkanocy nadal miała ona 5 stopni, co mnie nieco zmartwiło, bałem się bowiem, że mam do czynienia z zatrzymaną fermentacją. Zamieszałem fermentorem, podniosłem temperaturę z 18 do 20 stopni i drożdże troszkę się obudziły. Podbudowany tym faktem po trzech dniach zmierzyłem gęstość i okazało się, że drożdże odfermentowały do... 5 stopni Plato. Co się okazało? Końcówka areometru utykała w gęstwie, która zebrała się na dnie fermentora (pomiaru dokonywałem bowiem bezpośrednio, nie odbierając próbki), przez co wynik był zafałszowany. W tej sytuacji postanowiłem, że nie będę kombinował już z przelewaniem na cichą (zwłaszcza że wymagałoby to trzech dekantacji – przelania na cichą do fermentora z kranikiem, a potem przed rozlewem ponowne przelanie do fermentora bez kranika, przygotowanie sprzętu do rozlewu i znowu przelewanie – mnóstwo bezsensownej roboty i duże ryzyko infekcji), a po prostu przetrzymam piwo na burzliwej do końca planowanego czasu fermentacji. Łącznie stało w fermentorze przez 3,5 tygodnia. Nawiasem mówiąc, myślę, że pozostanę już przy metodzie pozostawiania piwa w jednym fermentorze – zalety dekantacji nie są bynajmniej oczywiste, za to każde przelewanie to ryzyko zakażenia piwa. Wyjątki będę robił dla piw chmielonych na zimno i dla drożdży, z których będę chciał zebrać gęstwę.
Ekstrakt końcowy piwa wyniósł ostatecznie 3,5 stopnia.

Rozlew przebiegł raczej bezproblemowo, choć dezynfekcja butelek to dość nużące zajęcie. Rozlewałem do nieużywanych butelek, nie musiałem więc na szczęście bardzo dokładnie ich czyścić. Ponadto mam dzięki temu wszystkie butelki takie same, co stanowi IMO dodatkowy walor estetyczny. W etykiety się na razie nie bawiłem, uznałem, że przyjdzie na to czas, gdy będę nieco lepiej wiedział, co ja tak właściwie robię. ;)

Zdaje się, że trzeba wpisać na listę zakupów suszarkę do butelek... Wystarczy potrącić jedną i wszystko leci.
Surowcem do refermentacji była zwykła sacharoza. Chciałem mieć piwo nagazowane w dolnym zakresie przewidzianym dla stylu dry stout – wynikało to przede wszystkim z obawy, że przesadzę i narobię granatów. Zastanawiałem się jednak, czy nie przegnę też w drugą stronę. Ostatecznie postanowiłem zadać 70 gramów cukru.

Surowiec do refermentacji. Reinheitsgebot to moje piwo nie spełni... ;)
Z cukru i gorącej wody stworzyłem syrop o gęstości identycznej z tą, jaką miała brzeczka nastawna, czyli około 12,5 stopnia Plato, który po ostudzeniu wlałem do fermentora z kranikiem. Następnie dokonałem pomiaru gęstości brzeczki i po raz pierwszy w życiu napiłem się piwa własnej roboty. :)

Wybaczcie kiepską jakość – robione komórką.
Dalej nie uskuteczniałem już chyba nic niezwykłego – przelałem piwo do fermentora z kranikiem (i syropem), wprawiając je przy tym w ruch wirowy, by dobrze wymieszało się z cukrem. Na końcówkę rurki założyłem kawałek rajstop, by odfiltrować ewentualne chmieliny, które mogły pozostawać w piwie, i grudki drożdży. Musiałem też uważać, żeby nie zaciągnąć gęstwy, ale to akurat nieszczególnie trudne zadanie. ;) Po przelaniu wymieszałem jeszcze dla pewności piwo, by było równomiernie dosłodzone, po czym rozpocząłem rozlew i wreszcie kapslowanie – jedno i drugie przebiegło bez zakłóceń. Zdjęć samego procesu brak, bo musiałbym mieć do nich jeszcze co najmniej jedną rękę. :)

Kapslowanie trwa.

Muszę przyznać, że widok kraty zakapslowanych butelek budzi w człowieku poczucie dobrze wykonanej roboty. ;)


Zabutelkowane piwo poszło do refermentacji. Przedwczoraj, z okazji zakończenia drugiej warki (o której w następnym wpisie), otworzyłem z ciekawości jedną z butelek (tak, wiem, sporo za wcześnie, ale chcę mieć porównanie – jakie jest teraz, a jakie będzie po leżakowaniu). Wyglądało całkiem nieźle, choć ta piana na ziemię nie powala:

Wasze zdrowie!
Jak wrażenia? Aromat mocno palony, lekko czekoladowy. W smaku piwo też palone, nieco wręcz za mocno (mam nadzieję, że ułoży się to i złagodnieje nieco podczas leżakowania), nie jest alkoholowe (co przyjąłem z ulgą, bo próbka przy rozlewie miała lekki posmak alkoholu), jest też dość wodniste i bardzo pijalne. Słabo (choć nie ZBYT słabo) wysycone, przez co jest raczej gładkie, ale też nie ma szału z pianą – taka, jak na zdjęciu powyżej, tworzy się po nalaniu piwa w stylu czeskim (tworzy za to nawet niewielki lacing). :) Może kilka dni refermentacji nieco mu pomoże, choć cukru, jak pisałem, dodałem niezbyt dużo. Zobaczymy.
Podsumowując, jak na pierwsze piwo zapowiada się całkiem dobrze! Zresztą co tu kryć – za sukces uważam już fakt, że nie skwaśniało. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz