środa, 20 kwietnia 2016

Warka 2 – pale ale

Pierwsze ciemne piwo prawie gotowe, udało się nie doprowadzić do katastrofy, w związku z czym do fermentora trafiło przedwczoraj kolejne piwo – tym razem pale ale. Robione z gotowego zestawu surowców – planuję z nich korzystać, póki nie opanuję całej procedury warzenia na tyle, by nie popełniać szkolnych błędów. Zresztą w większości przypadków są one bardzo dobrze dobrane, więc myślę, nie ma sensu kombinować, jeśli chce się mieć po prostu piwo w danym stylu. Na eksperymenty przyjdzie jeszcze czas.

Oto surowce użyte podczas warki:

– słód pale ale Weyermann 3,8 kg,
– słód Carahell 0,2 kg,
– chmiel angielski East Kent Goldings 30 g (granulat) – użyty na goryczkę,
– chmiel angielski Fuggles 30 g (granulat) – użyty na smak i aromat,
– drożdże Safale S-04

Dzięki doświadczeniom zebranym podczas pierwszej warki udało mi się uniknąć niektórych błędów, ale za to popełniłem szereg innych. :) Podejrzewam, że jeszcze parę razy będzie to tak wyglądać, ale mam nadzieję z warki na warkę robić ich coraz mniej.
Pierwszy błąd – zacierałem w nieco zbyt wysokiej temperaturze. Co prawda nic strasznego się raczej nie stanie, piwo będzie po prostu nieco gęstsze, ale wymykanie się temperatury spod kontroli to dość poważny błąd. Kilka stopni za wysoko i nieplanowany mash out gotowy. Szczęśliwie próba jodowa wyszła negatywnie, więc mimo błędu zacieranie przebiegło pomyślnie. Zresztą bez przesady, AŻ TAK go nie przegrzałem. ;)
Drugi błąd – za słabo zaciśnięty wężyk przy filtracji, przez co przebiegła ona bardzo szybko. Sporo dobrego zostało w młócie, zobaczymy, jak wpłynie to na smak piwa, ale nie ma wątpliwości, że nie będzie to wpływ pozytywny. Filtrowałem też nieco zbyt chłodną wodą, ale to jest, o ile wiem, mniejszy błąd w sztuce.
Trzeci błąd – zbyt powolne doprowadzenie brzeczki do wrzenia, przez co sporo jej odparowało jeszcze przed faktycznym gotowaniem. Z 22 litrów filtratu powstało ostatecznie 18,5 litra brzeczki nastawnej.

No gotujże się...!

Szczęśliwie poza tym obyło się bez jakichś ogromnych wpadek. Zacieranie, filtracja, chmielenie... Tym razem chmielu więcej niż w przypadku dry stoutu i to aż dwukrotnie, więc liczę na wyczuwalny aromat chmielowy w produkcie końcowym. Wg obliczeń piwo powinno mieć około 30 IBU, choć to, oczywiście, wartość orientacyjna.

Jedna z trzech porcji chmielu, tym razem będzie go, mam nadzieję, czuć.
Bardzo ucieszyła mnie też żywotność drożdży. Podczas gdy użyte do poprzedniego piwa Gozdawa Pure Ale Yeast sprawiały wrażenie raczej zmęczonych i właściwie nie zareagowały na rehydratyzację, S-04 od razu dały mi do zrozumienia, że czekają na coś do roboty:

Rehydratyzacja udana – wody jest mniej więcej pół szklanki.
Pozostało mi więc tylko wystudzić szybko brzeczkę (no, na tyle szybko, na ile pozwala nieszczególnie skuteczna metoda chłodzenia w wannie) do temperatury 20 stopni i zadać drożdże. Mam już nawet chłodnicę zanurzeniową, ale brakuje mi wężyków, żeby podpiąć ją do źródła wody. Brzeczkę na następne piwo mam nadzieję studzić już 20 minut, a nie godzinę czy półtorej.

Najbardziej chyba nużąca część warki.
Odzyskałem ponadto dobry litr, albo nawet więcej, z chmielin, zlewając mieszaninę do naczyń i czekając, aż chmiel opadnie. Przelałem to przez materiał z rajstop do małego garnka, zagotowałem, wystudziłem i dodałem do reszty brzeczki.

To mniej więcej 1/3 chmielin, z których odzyskałem brzeczkę. „Uratowało się” naprawdę sporo piwa.
Piwo od przedwczoraj w fermentorze, jest już w fazie opadających krążków. I chyba trudno się dziwić, 18 litrów brzeczki mającej 11 stopni Plato tak żywotne drożdże przerobią w mgnieniu oka. Za jakieś 3 tygodnie przyjdzie czas na zajęcie się rozlewem, w międzyczasie zaś zapewne ponownie zdegustuję leżakującego jeszcze stouta. :)

Warka 1 – dry stout – po zabutelkowaniu i próbie młodego piwa

Minął miesiąc, warka już stoi w butelkach. Pierwsza fermentacja, jak można było się spodziewać, przebiegła w sporej niepewności, ale wygląda na to, że udało się – jak na pierwsze piwo – całkiem nieźle.
Faza wysokich krążków trwała około 3 dni, później wszystko przebiegało już we względnym spokoju. Po tygodniu chciałem przelać piwo na cichą fermentację, ale zmierzyłem gęstość i okazało się, że z początkowych 12,5 stopni Plato gęstość spadła zaledwie do 5, postanowiłem więc przetrzymać brzeczkę na burzliwej jeszcze przez święta. Po Wielkanocy nadal miała ona 5 stopni, co mnie nieco zmartwiło, bałem się bowiem, że mam do czynienia z zatrzymaną fermentacją. Zamieszałem fermentorem, podniosłem temperaturę z 18 do 20 stopni i drożdże troszkę się obudziły. Podbudowany tym faktem po trzech dniach zmierzyłem gęstość i okazało się, że drożdże odfermentowały do... 5 stopni Plato. Co się okazało? Końcówka areometru utykała w gęstwie, która zebrała się na dnie fermentora (pomiaru dokonywałem bowiem bezpośrednio, nie odbierając próbki), przez co wynik był zafałszowany. W tej sytuacji postanowiłem, że nie będę kombinował już z przelewaniem na cichą (zwłaszcza że wymagałoby to trzech dekantacji – przelania na cichą do fermentora z kranikiem, a potem przed rozlewem ponowne przelanie do fermentora bez kranika, przygotowanie sprzętu do rozlewu i znowu przelewanie – mnóstwo bezsensownej roboty i duże ryzyko infekcji), a po prostu przetrzymam piwo na burzliwej do końca planowanego czasu fermentacji. Łącznie stało w fermentorze przez 3,5 tygodnia. Nawiasem mówiąc, myślę, że pozostanę już przy metodzie pozostawiania piwa w jednym fermentorze – zalety dekantacji nie są bynajmniej oczywiste, za to każde przelewanie to ryzyko zakażenia piwa. Wyjątki będę robił dla piw chmielonych na zimno i dla drożdży, z których będę chciał zebrać gęstwę.
Ekstrakt końcowy piwa wyniósł ostatecznie 3,5 stopnia.

Rozlew przebiegł raczej bezproblemowo, choć dezynfekcja butelek to dość nużące zajęcie. Rozlewałem do nieużywanych butelek, nie musiałem więc na szczęście bardzo dokładnie ich czyścić. Ponadto mam dzięki temu wszystkie butelki takie same, co stanowi IMO dodatkowy walor estetyczny. W etykiety się na razie nie bawiłem, uznałem, że przyjdzie na to czas, gdy będę nieco lepiej wiedział, co ja tak właściwie robię. ;)

Zdaje się, że trzeba wpisać na listę zakupów suszarkę do butelek... Wystarczy potrącić jedną i wszystko leci.
Surowcem do refermentacji była zwykła sacharoza. Chciałem mieć piwo nagazowane w dolnym zakresie przewidzianym dla stylu dry stout – wynikało to przede wszystkim z obawy, że przesadzę i narobię granatów. Zastanawiałem się jednak, czy nie przegnę też w drugą stronę. Ostatecznie postanowiłem zadać 70 gramów cukru.

Surowiec do refermentacji. Reinheitsgebot to moje piwo nie spełni... ;)
Z cukru i gorącej wody stworzyłem syrop o gęstości identycznej z tą, jaką miała brzeczka nastawna, czyli około 12,5 stopnia Plato, który po ostudzeniu wlałem do fermentora z kranikiem. Następnie dokonałem pomiaru gęstości brzeczki i po raz pierwszy w życiu napiłem się piwa własnej roboty. :)

Wybaczcie kiepską jakość – robione komórką.
Dalej nie uskuteczniałem już chyba nic niezwykłego – przelałem piwo do fermentora z kranikiem (i syropem), wprawiając je przy tym w ruch wirowy, by dobrze wymieszało się z cukrem. Na końcówkę rurki założyłem kawałek rajstop, by odfiltrować ewentualne chmieliny, które mogły pozostawać w piwie, i grudki drożdży. Musiałem też uważać, żeby nie zaciągnąć gęstwy, ale to akurat nieszczególnie trudne zadanie. ;) Po przelaniu wymieszałem jeszcze dla pewności piwo, by było równomiernie dosłodzone, po czym rozpocząłem rozlew i wreszcie kapslowanie – jedno i drugie przebiegło bez zakłóceń. Zdjęć samego procesu brak, bo musiałbym mieć do nich jeszcze co najmniej jedną rękę. :)

Kapslowanie trwa.

Muszę przyznać, że widok kraty zakapslowanych butelek budzi w człowieku poczucie dobrze wykonanej roboty. ;)


Zabutelkowane piwo poszło do refermentacji. Przedwczoraj, z okazji zakończenia drugiej warki (o której w następnym wpisie), otworzyłem z ciekawości jedną z butelek (tak, wiem, sporo za wcześnie, ale chcę mieć porównanie – jakie jest teraz, a jakie będzie po leżakowaniu). Wyglądało całkiem nieźle, choć ta piana na ziemię nie powala:

Wasze zdrowie!
Jak wrażenia? Aromat mocno palony, lekko czekoladowy. W smaku piwo też palone, nieco wręcz za mocno (mam nadzieję, że ułoży się to i złagodnieje nieco podczas leżakowania), nie jest alkoholowe (co przyjąłem z ulgą, bo próbka przy rozlewie miała lekki posmak alkoholu), jest też dość wodniste i bardzo pijalne. Słabo (choć nie ZBYT słabo) wysycone, przez co jest raczej gładkie, ale też nie ma szału z pianą – taka, jak na zdjęciu powyżej, tworzy się po nalaniu piwa w stylu czeskim (tworzy za to nawet niewielki lacing). :) Może kilka dni refermentacji nieco mu pomoże, choć cukru, jak pisałem, dodałem niezbyt dużo. Zobaczymy.
Podsumowując, jak na pierwsze piwo zapowiada się całkiem dobrze! Zresztą co tu kryć – za sukces uważam już fakt, że nie skwaśniało. ;)